19 sierpnia 2011

SIWIK INTERTRADE Grand Prix Omega Cup

W miniony weekend Procad Racing Team zaliczył udane regaty z cyklu OMEGA CUP w Pucku - w dodatku regaty o podwyższony, przeliczniku, czyli cenniejsze w aspekcie rankingu z całego sezonu. 12 wyczerpujących wyścigów, ciekawy program szkoleń regatowych na lądzie, wiele protestów - czyli esencja żeglarstwa.
Załoga męska w Omedze Sport zajęła 4 miejsce z 1 ! punktem straty do trzeciego Jędrek Narwal Team, zwyciężył utytułowany Jerzy Nadolny, drugi był Janusz Kordek z LKŻ Sława.
Załoga żeńska mimo problemów sprzętowych (o czym dalej w relacji samej sterniczki) zdobyła doskonałe  3 miejsce.
Maja napisała......

Klątwa wyraźnie została rzucona

Początek sezonu był wielką niewiadomą. Nie znałam konkurencji, nie znałam załogi, nie znałam łódki. Nawet specjalnie akwen, na których rozgrywają się regaty Pucharu Polski w Omedze, nie był mi znany, bo mając Zatokę Gdańską pod nosem, rzadko kiedy przychodzi okazja na uskutecznianie żeglarstwa poza jej wodami.
Sezon regatowy powoli zbliża się ku końcowi, poziom konkurencji został rozpoznany, załoga świetnie zgrana, zaskakuje, ale tylko w pozytywnej formie, a mimo to wszystko, jedna tajemnica nie została jeszcze rozwiązana…klątwa wisząca nad damską załogą PROCAD’a!
Już w wcześniejszych relacjach skarżyłyśmy się na prześladujący nas pech, że co drugie regaty szczęście nas opuszcza i siły nadprzyrodzone wystawiają nas na próbę. I wcale nie chodzi tu o siły natury, która tego lata pozostawia wiele do życzenia.

Regaty w Pucku, Simik Grand Prix w Omedze, przypadły nam jako parzysta impreza tego sezonu. Z jednej strony nasze nastawienie było lekko pesymistyczne, bo przecież dotychczasowe doświadczenie wyraźnie wskazuje na nasz gorszy występ co dwa tygodnie, z drugiej strony wiedziałyśmy, że regaty te są niezwykle ważne, wysoki przelicznik wyników może być niezwykle istotny w walce o medal w Pucharze Polski i musimy wszystko zrobić by przełamać tą dziwną zależność.
Pierwszy wyścig był naszą nadzieją. Choć wiatr był zupełnie inny niż nasze słabowiatrowe prognozy, to po spokojnym starcie, ukończyłyśmy bieg na trzeciej pozycji, w dodatku nie dając się załodze Filipa z Politechniki Gdańskiej. Kolejne biegi, mimo silnego wiatru, kończymy bardzo równo na czwartych i trzecich pozycjach, prawie zawsze przypływając przed Politechniką Gdańską, która w tym dniu wyjątkowo miała zdecydowanie gorszy dzień. Zatem po sobotnich wyścigach jesteśmy pełne optymizmu. Był wiatr, było dużo deszczu i zakończyłyśmy dzień dopiero na piątej pozycji, ale za to w czołówce, z minimalną różnicą do pierwszego Marcina Pacanowskiego z łódki Gandalf. Nic się nie stało, nic się nie urwało, zatem pech musiał odejść.
Drugi dzień był naszym dniem. Pierwszy bieg wygrany po zaciętej walce z Gandalfem i Radosławem Stachurskim. Drugi bieg kończymy na trzecim miejsu, ale przed wszystkimi rywalami, których sobie założyłyśmy. W trzecim biegu do drugiej boi utrzymujemy się na drugiej pozycji, ale nagle naprzeciw wypływa nasz najwierniejszy fun-klub kibiców, z transparentem i okrzykiem „GO-4-GOLD”, zatem nie pozostaje nam nic innego jak prześcignąć pierwszego i zakończyć bieg na pierwszym miejscu z przewagą prawie całej długości dolnej halsówki. Później idzie nieco gorzej, ale cały czas w czołówce. Po sobocie odrzucone są nam biegi 4 i 5 miejsca i kończymy na trzeciej pozycji. Pierwsze cztery miejsca są bardzo ciasne. Na niedziele zapowiedziane dwa wyścigi mogą jeszcze znacznie w kwalifikacji końcowej namieszać.
Przychodzi niedziela. Jest bardzo mgliście, ale wiemy że prędzej czy później będzie słońce a wiatr też zawieje i to bardziej w sile dla nas wskazanej. Pozytywnie nastawione, nie przejmujemy się chwilową odroczką i wprawdzie ciśnienie nas lekkie łapie, no bo pudła jeszcze zaklepanego nie mamy, to proponujemy chłopakom z PROCAD’a krótkie meczowe sparingi na pobliskich bojach przy główkach portu, czekając na opadnięcie mgły i rozpoczęcie niedzielnych startów. Tu muszę dodać, że mecze były bardzo zacięte. Jeden śledź, bieg trwał jakieś maksymalnie 10 min, ale zmęczenie dopadło szybko i po dużej dawce adrenaliny, z tytułu znacznej porcji ostrej rywalizacji, popłynęłyśmy bardzo zadowolone i entuzjastycznie nastawione do portu, by odpocząć przed ostatecznym starciem.
Mgła odeszła, słońce wyszło, pogoda zaczęła zdradzać symptomy lata, wiatr wiał idealnie, równo, nie za słabo, ale też nie za mocno, w sam raz dla wszystkich. Procedura przedstartowa, rozglądamy się gdzie Gandalf, który mógł zrzucić nas z podium, rozglądamy się gdzie Wodna Pasja, której pokonanie z przewagą, dawało nam szansę na drugą pozycję. Start, kocioł, straszne zamieszanie i spadamy do drugiej linii ! Gandalf znacznie przed nami, Wodna Pasja znacznie przed nami. Wszyscy znacznie przed nami, ale… szybkie zebranie się, ocena sytuacji i płynięcie na zmiany. Wykorzystujemy wszystkie zmiany jakie są po drodze, start fatalny, ale na górnej boi jesteśmy tuż za Wodną Pasją i znacznie przed Gandalfem, który jeszcze wdaje się w walkę na boi i kręci karę. Spokojnie płyniemy swoje, plan minimum wykonujemy, więc pozostaje cisnąć do przodu ile się da. Po dolnej boi wszyscy płyną w lewo, my w prawo, przychodzi zmiana, odkładamy się na prawy hals, lekko przywiewa, więc dzielnie wychodzimy na balast, zapominając o wszystkich traumatycznych przeżyciach z Giżycka. Łódka płynie równo, Maja z przodu świetnie pracuje na fali i … KLĄTWA o nas NIE ZAPOMNIAŁA! Nagle trzask, Maja (dziobowa) jak z katapulty leci do wody, masz leci w dół ! Znowu ! Tylko, że tym razem łamie się u podstawy. Jak to możliwe, czy znowu sztag puścił?…, przecież wszystko zostało sumiennie naprawione. Spycha nas na komisję sędziowską, Maja zwinnie wdrapuje się na łódkę. Pomoc już nadpływa, czyli organizacyjne obstawa super, ale… my jesteśmy załamane. Przecież wszystko szło idealnie, pech minął, regaty były nasze, przynajmniej według naszych założeń. Wracamy do portu, wyciągamy łódkę. Ogarnia nas totalna rezygnacja. Widzimy jak nasze miejsce na podium zostaje w sferze marzeń.

Na szczęście ten beznadziejny stan ducha nie trwał długo. Z pomocą przybyli nasi najwierniejsi kibice, rodzice Mai (trymera grota) zaczęli klarować łódkę, Lechu przeliczył wszystkie opcje punktowe i pojawiło się światło w tunelu. Stachu pociesza. Nasze równe pływanie i gwarantowane dwie odrzutki dały nam szansę na to, że może trzeciego miejsca nie stracimy.

Dzięki gorszemu wynikowi Gandalfa w pierwszym biegu, nie straciłyśmy pozycji, ale co najważniejsze, nie podłamałyśmy się, a było blisko. Zatem można tu załogę Gandalfa pocieszyć, że może nie odebrali nam pudła, ale znacznie przyczynili się do utrzymania naszego dobrego samopoczucia i podsycili chęć zdobycia pozycji medalowej w Pucharze Polski w Omedze. A co do klątwy… to do Żywca nie jedziemy…teraz niech szczęśliwa nieparzysta impreza wypadnie nam na Mistrzostwa Polski w Sławie ! 

Tradycyjnie na koniec słów kilka o samej imprezie. Nagród specjalnie nie było, ale w Pucku nigdy nie ma, za to organizacja super! Ciepły posiłek zawsze zaraz po zejściu z wody. Pomysł na wykłady z przepisów i taktyki regatowej – pierwszorzędny (tu uznanie kieruję szczególnie do trenera z wykładu niedzielnego, który bardzo klarownie i szczegółowo wygłaszał swoje uwagi). A co do sędziowania…w protestach na szczęście udziału nie brałyśmy, więc pod tym kątem wyrokować nie będziemy, ale jeszcze (w swojej niekrótkiej karierze regatowej) nie miałam dotąd okazji spotkać się z sędziami, którzy by byli tak punktualni i tak szybko reagowali na zmiany warunków. Zdecydowanie Państwa Świąć można rekomendować jako profesjonalny zespół sędziowski ! 

P.S. Wygrała oczywiście załoga Politechniki Gdańskiej, a co do masztu – poszła górna wanta, zatem coś zupełnie innego niż miało pójść.


Pełne wyniki oraz galeria zdjęć dostępne na stronie klasaomega.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz