26 stycznia 2012

Procad SA oraz PRT nagrodzony podczas podczas POMORSKIEJ GALI ŻEGLARSKIEJ!

     Nasze dziewczyny oraz naszego sponsora - Procad SA doceniono podczas uroczystości
 Pomorskiej Gali Żeglarskiej.
       19 stycznia w Filharmonii Bałtyckiej odbyła się Gala Żeglarska, na której
uhonorowano najlepszych żeglarzy Pomorza sezonu 2011.Poziom
organizacyjny zaskoczył wszystkich uczestników. Uroczystość poprowadzil Mateusz
Kusznierewicz i Włodzimierz Machnikowski. O prestiżu wydarzenia świadczyła obecność
posłów, marszałka, prezydentów miast oraz znakomitości żeglarskich naszego
kraju.




W Klasie Omega wyróżnione zostały nasze pomorskie trzy załogi z pierwsze trójki
Rankingu Pucharu Polski 2011 oraz ich sponsorzy:

ZAWODNICY:

Załoga AZS Politechnika Gdańska:  Tymon Sadowski, Michał Wójtowicz, KarolDołęga, za I miejsce w Pucharze Polski oraz tytuł Mistrza Polski  – flota sport

Załoga AZS Politechnika Gdańska: Filip Pietrzak, Anna
Chamier – Ciemińska, Patryk Richter,    za I miejsce w Pucharze
Polski oraz tytuł Mistrza Polski – flota standard

Załoga żeńska Procad Racing Team: Maja Remizowicz, Maja
Zakrzewska, Maja Broniszewska, Agnieszka Rózga – Micewicz,  za wspaniały
debiut, III miejsce Pucharu Polski floty standard, najwyżej ulokowaną załoga
żeńską

MECENAT SPORTOWY:

prof. dr hab. inż. Henryk Krawczyk,
prof. zw. PG za wspieranie dwóch załóg AZS Politechnika Gdańska

Procad SA za wspieranie zespołów regatowych: żeńskiej załogi Procad Racing Team w standardzie oraz męskiej załogi w sporcie.

zapraszamy na relację na stronie PG Racing: www.meczowe.pl



1 października 2011

PROCAD RACING TEAM NA PODIUM PUCHARU POLSKI OMEGA CUP 2011


Mimo słabszego i pechowego występu obydwu załóg PRT w Mistrzostwach Polski w Sławie udało się utrzymać wysokie lokaty w rankingu pucharowym.
Rewelacją sezonu okazała się załoga żeńska pod wodzą Mai Remizowicz, która zdobyła 3 miejsce w Klasie Omega Standart startując w pucharze dopiero pierwszy sezon!
Dziewczyny ostatecznie uległy tylko bardzo utytułowanym zawodnikom - Radkowi Stachurskiemu - zeszłorocznemu zwycięzcy oraz bezkonkurencyjnemu w tym roku Filipowi Pietrzakowi odnoszącemu sukcesy również w innych klasach i MatchRacingu.
Nieudane Mistrzostwa Polski pozbawiły podium załogę męską w Klasie Omega Sport. 4 miejsce odzwierciedla nasze umiejętnosci i jednocześnie nienasycone ambicje na przyszły sezon. Łódka została już ostatecznie strymowana ( co trwało do ostatnich regat) i osiągami nie odbiega od najszybszych.





Jako zwieńczenie sezonu Stowarzyszenie klasy wraz z gospodarzem regat zorganizowało Meczowe Mistrzostwa Polski w Złotej Górze  koło Kartuz - regaty w formule "1 na 1" , w których prawo startu otrzymały załogi z TOP 10 w Klasie Standart i Sport.
Z tego prawa skorzystał Tomek z załogą. Regaty w tej formule- szybkie, widowiskowe, czytelne dla widowni, skomplikowane dla załóg i sędzów zdecydowanie przypadły do gustu naszej załodze. Wygrali ci , których doświadczenie, wlasnie w MatchRacingu, było największe. PRT uplasował sie na 6tym miejscu, czyli w połowie stawki.




Już niedługo walne zebranie stowarzyszenia klasy, po którym poznamy menu , czyli kalendarz regat na rok 2012.

Do wyników, relacji i obszernych galerii, jak zwykle, odsyłam na strone Klasy, czyli www.klasaomega.pl

Zapraszamy na Targi BoatShow do Poznania 18-20 listopada na stoisko Klasy Omega, gdzie nagrodzone zostana najlepsze załogi w sezonie ( top 10 ).

Pozdrawiam, Marcin, PRT

19 sierpnia 2011

SIWIK INTERTRADE Grand Prix Omega Cup

W miniony weekend Procad Racing Team zaliczył udane regaty z cyklu OMEGA CUP w Pucku - w dodatku regaty o podwyższony, przeliczniku, czyli cenniejsze w aspekcie rankingu z całego sezonu. 12 wyczerpujących wyścigów, ciekawy program szkoleń regatowych na lądzie, wiele protestów - czyli esencja żeglarstwa.
Załoga męska w Omedze Sport zajęła 4 miejsce z 1 ! punktem straty do trzeciego Jędrek Narwal Team, zwyciężył utytułowany Jerzy Nadolny, drugi był Janusz Kordek z LKŻ Sława.
Załoga żeńska mimo problemów sprzętowych (o czym dalej w relacji samej sterniczki) zdobyła doskonałe  3 miejsce.
Maja napisała......

Klątwa wyraźnie została rzucona

Początek sezonu był wielką niewiadomą. Nie znałam konkurencji, nie znałam załogi, nie znałam łódki. Nawet specjalnie akwen, na których rozgrywają się regaty Pucharu Polski w Omedze, nie był mi znany, bo mając Zatokę Gdańską pod nosem, rzadko kiedy przychodzi okazja na uskutecznianie żeglarstwa poza jej wodami.
Sezon regatowy powoli zbliża się ku końcowi, poziom konkurencji został rozpoznany, załoga świetnie zgrana, zaskakuje, ale tylko w pozytywnej formie, a mimo to wszystko, jedna tajemnica nie została jeszcze rozwiązana…klątwa wisząca nad damską załogą PROCAD’a!
Już w wcześniejszych relacjach skarżyłyśmy się na prześladujący nas pech, że co drugie regaty szczęście nas opuszcza i siły nadprzyrodzone wystawiają nas na próbę. I wcale nie chodzi tu o siły natury, która tego lata pozostawia wiele do życzenia.

Regaty w Pucku, Simik Grand Prix w Omedze, przypadły nam jako parzysta impreza tego sezonu. Z jednej strony nasze nastawienie było lekko pesymistyczne, bo przecież dotychczasowe doświadczenie wyraźnie wskazuje na nasz gorszy występ co dwa tygodnie, z drugiej strony wiedziałyśmy, że regaty te są niezwykle ważne, wysoki przelicznik wyników może być niezwykle istotny w walce o medal w Pucharze Polski i musimy wszystko zrobić by przełamać tą dziwną zależność.
Pierwszy wyścig był naszą nadzieją. Choć wiatr był zupełnie inny niż nasze słabowiatrowe prognozy, to po spokojnym starcie, ukończyłyśmy bieg na trzeciej pozycji, w dodatku nie dając się załodze Filipa z Politechniki Gdańskiej. Kolejne biegi, mimo silnego wiatru, kończymy bardzo równo na czwartych i trzecich pozycjach, prawie zawsze przypływając przed Politechniką Gdańską, która w tym dniu wyjątkowo miała zdecydowanie gorszy dzień. Zatem po sobotnich wyścigach jesteśmy pełne optymizmu. Był wiatr, było dużo deszczu i zakończyłyśmy dzień dopiero na piątej pozycji, ale za to w czołówce, z minimalną różnicą do pierwszego Marcina Pacanowskiego z łódki Gandalf. Nic się nie stało, nic się nie urwało, zatem pech musiał odejść.
Drugi dzień był naszym dniem. Pierwszy bieg wygrany po zaciętej walce z Gandalfem i Radosławem Stachurskim. Drugi bieg kończymy na trzecim miejsu, ale przed wszystkimi rywalami, których sobie założyłyśmy. W trzecim biegu do drugiej boi utrzymujemy się na drugiej pozycji, ale nagle naprzeciw wypływa nasz najwierniejszy fun-klub kibiców, z transparentem i okrzykiem „GO-4-GOLD”, zatem nie pozostaje nam nic innego jak prześcignąć pierwszego i zakończyć bieg na pierwszym miejscu z przewagą prawie całej długości dolnej halsówki. Później idzie nieco gorzej, ale cały czas w czołówce. Po sobocie odrzucone są nam biegi 4 i 5 miejsca i kończymy na trzeciej pozycji. Pierwsze cztery miejsca są bardzo ciasne. Na niedziele zapowiedziane dwa wyścigi mogą jeszcze znacznie w kwalifikacji końcowej namieszać.
Przychodzi niedziela. Jest bardzo mgliście, ale wiemy że prędzej czy później będzie słońce a wiatr też zawieje i to bardziej w sile dla nas wskazanej. Pozytywnie nastawione, nie przejmujemy się chwilową odroczką i wprawdzie ciśnienie nas lekkie łapie, no bo pudła jeszcze zaklepanego nie mamy, to proponujemy chłopakom z PROCAD’a krótkie meczowe sparingi na pobliskich bojach przy główkach portu, czekając na opadnięcie mgły i rozpoczęcie niedzielnych startów. Tu muszę dodać, że mecze były bardzo zacięte. Jeden śledź, bieg trwał jakieś maksymalnie 10 min, ale zmęczenie dopadło szybko i po dużej dawce adrenaliny, z tytułu znacznej porcji ostrej rywalizacji, popłynęłyśmy bardzo zadowolone i entuzjastycznie nastawione do portu, by odpocząć przed ostatecznym starciem.
Mgła odeszła, słońce wyszło, pogoda zaczęła zdradzać symptomy lata, wiatr wiał idealnie, równo, nie za słabo, ale też nie za mocno, w sam raz dla wszystkich. Procedura przedstartowa, rozglądamy się gdzie Gandalf, który mógł zrzucić nas z podium, rozglądamy się gdzie Wodna Pasja, której pokonanie z przewagą, dawało nam szansę na drugą pozycję. Start, kocioł, straszne zamieszanie i spadamy do drugiej linii ! Gandalf znacznie przed nami, Wodna Pasja znacznie przed nami. Wszyscy znacznie przed nami, ale… szybkie zebranie się, ocena sytuacji i płynięcie na zmiany. Wykorzystujemy wszystkie zmiany jakie są po drodze, start fatalny, ale na górnej boi jesteśmy tuż za Wodną Pasją i znacznie przed Gandalfem, który jeszcze wdaje się w walkę na boi i kręci karę. Spokojnie płyniemy swoje, plan minimum wykonujemy, więc pozostaje cisnąć do przodu ile się da. Po dolnej boi wszyscy płyną w lewo, my w prawo, przychodzi zmiana, odkładamy się na prawy hals, lekko przywiewa, więc dzielnie wychodzimy na balast, zapominając o wszystkich traumatycznych przeżyciach z Giżycka. Łódka płynie równo, Maja z przodu świetnie pracuje na fali i … KLĄTWA o nas NIE ZAPOMNIAŁA! Nagle trzask, Maja (dziobowa) jak z katapulty leci do wody, masz leci w dół ! Znowu ! Tylko, że tym razem łamie się u podstawy. Jak to możliwe, czy znowu sztag puścił?…, przecież wszystko zostało sumiennie naprawione. Spycha nas na komisję sędziowską, Maja zwinnie wdrapuje się na łódkę. Pomoc już nadpływa, czyli organizacyjne obstawa super, ale… my jesteśmy załamane. Przecież wszystko szło idealnie, pech minął, regaty były nasze, przynajmniej według naszych założeń. Wracamy do portu, wyciągamy łódkę. Ogarnia nas totalna rezygnacja. Widzimy jak nasze miejsce na podium zostaje w sferze marzeń.

Na szczęście ten beznadziejny stan ducha nie trwał długo. Z pomocą przybyli nasi najwierniejsi kibice, rodzice Mai (trymera grota) zaczęli klarować łódkę, Lechu przeliczył wszystkie opcje punktowe i pojawiło się światło w tunelu. Stachu pociesza. Nasze równe pływanie i gwarantowane dwie odrzutki dały nam szansę na to, że może trzeciego miejsca nie stracimy.

Dzięki gorszemu wynikowi Gandalfa w pierwszym biegu, nie straciłyśmy pozycji, ale co najważniejsze, nie podłamałyśmy się, a było blisko. Zatem można tu załogę Gandalfa pocieszyć, że może nie odebrali nam pudła, ale znacznie przyczynili się do utrzymania naszego dobrego samopoczucia i podsycili chęć zdobycia pozycji medalowej w Pucharze Polski w Omedze. A co do klątwy… to do Żywca nie jedziemy…teraz niech szczęśliwa nieparzysta impreza wypadnie nam na Mistrzostwa Polski w Sławie ! 

Tradycyjnie na koniec słów kilka o samej imprezie. Nagród specjalnie nie było, ale w Pucku nigdy nie ma, za to organizacja super! Ciepły posiłek zawsze zaraz po zejściu z wody. Pomysł na wykłady z przepisów i taktyki regatowej – pierwszorzędny (tu uznanie kieruję szczególnie do trenera z wykładu niedzielnego, który bardzo klarownie i szczegółowo wygłaszał swoje uwagi). A co do sędziowania…w protestach na szczęście udziału nie brałyśmy, więc pod tym kątem wyrokować nie będziemy, ale jeszcze (w swojej niekrótkiej karierze regatowej) nie miałam dotąd okazji spotkać się z sędziami, którzy by byli tak punktualni i tak szybko reagowali na zmiany warunków. Zdecydowanie Państwa Świąć można rekomendować jako profesjonalny zespół sędziowski ! 

P.S. Wygrała oczywiście załoga Politechniki Gdańskiej, a co do masztu – poszła górna wanta, zatem coś zupełnie innego niż miało pójść.


Pełne wyniki oraz galeria zdjęć dostępne na stronie klasaomega.pl

4 sierpnia 2011

II Miejsce dla PRT Ladies w regatach OMEGA CUP w Szczecinie

Po wielu emocjach w Giżycku,
przyszedł czas na start w Szczecinie. Zaledwie jeden weekend przerwy i znowu
trzeba przebyć kolejne ponad 300
km, tym razem nad jezioro Dąbie. Już od środy sprawdzanie
prognozy pogody i zaciskanie kciuków, aby tym razem prognoza się nie spełniła,
aby wbrew wszystkiemu, było pełne słońce i lekki wiaterek ze stałego kierunku.
Lato jednak nie rozpieszcza, przybywamy do Szczecina bardzo późno i dobrze, bo leje
niemiłosiernie. Paki odczepia łódkę od auta i prędko chowamy się w naszym
lokum, suchym, ciepłym i przyjemnym.

Poranek wita nas deszczowy.

Inaczej być nie może, wszystko zgodnie z prognozą. Nawet wiatr nie chce
odpuścić i z chwili na chwilę wzrasta, pozostawiając białe smugi na wodzie, a
czasem nawet tworząc gdzie niegdzie białą grzywę wody na jej powierzchni. Bez
specjalnego zapału zabieramy się za przygotowanie łódki, deszcz odpuszcza, więc
przynajmniej nie leje się nam na głowy, ale świst wiatru średnio nastawia nas
pozytywnie na sobotnie zmagania.  Szybkie
otwarcie regat, krótka odprawa i ruszamy do ataku. Do ataku dosłownie, bo
wyjście pod silny wiatr w małym porcie, gdzie woduje się naraz około 30 omeg
nie jest łatwe. Jednym manewr wyjścia wychodzi sprawniej, innym mniej, nam pół
na pół: fok góra, fok dół, wiosło z prawej, wiosło z lewej, miecz dół, miecz
góra (bo za płytko) i ostatecznie kontrolowany ratunek na jednej z łodzi, po
której przeciągamy się do główek wyjścia i prawie spokojnie, bo trzeba jeszcze
pokonać lekki przybój, wypływamy na akwen.

Pierwszy sygnał startowy przygłuszony głosem wiatru gdzieś nam umyka, po flagach próbujemy zorientować się ile czasu pozostało do startu, na wszelki wypadek trzymając się blisko linii startowej, ustawiamy się równo z innymi z przody, jednak startujemy z
lekkim opóźnieniem. Halsówka to walka. Grot na maksa wyluzowany, płyniemy
praktycznie na samym foku. Dolega nam jeszcze lekka trauma po doświadczeniach z
Giżycka i z pewnym oporem wychodzimy na balast. Pierwsza boja, a my jesteśmy w
strasznym ogonie. Kurs półwiatrowy wprowadza pewną dezorientację w prowadzeniu
foka, raz wchodzimy w ślizg, raz hamujemy na przeciw-fali. Tracimy kolejne dwa
miejsca. Kurs z wiatrem idzie już trochę lepiej, nawet „rufa” nie stwarza
większych problemów. Rozglądamy się dookoła. Trzy łódki już leżą, dobra nasza,
ważne by dopłynąć do mety. Nasz najsympatyczniejszy rywal AQUADUO gubi się
nieco na dolnej boi, inni idą w jego ślady i tak kończymy bieg na piątym
miejscu, szczęśliwe, że nie zaliczyłyśmy grzyba. Kolejny start, już bardziej
opanowany, spod boi, praktycznie wychodzimy na pierwszym miejscu. Wybieramy już
więcej grota, włączamy pewną taktykę, i chodź kończymy dopiero na czwartym
miejscu to już czujemy, że to my panowałyśmy nad łódką a nie ona nad nami.
Kolejny bieg, ponownie udany start, wchodzimy w bezpośrednią walkę z załogą z
GABI II. Odpuszczamy im pierwsze zawinienie, odpuszczamy nawet drugie, przy
boi, gdzie ewidentnie nie dają nam miejsca na boi. Trzeciego odpuszczenia win już
nie ma. Załoga GABI II łamie przepis 11, lekceważy nasz protest i mimo, że i
tak kończymy przed nimi, na bardzo dobrej drugiej pozycji, to wyrzucamy ich z
biegu. Kolejne trzy biegi kończymy na podobnych pozycjach, czyli 4, 2, 4, wiatr
z biegu na bieg słabnie wraz z naszym przerażeniem z poranka. Zadowolone
spływamy do brzegu, tam dowiadując się, że ten dzień kończymy na drugim
miejscu, czego z rana się nie spodziewałyśmy. Mamy jednak tą samą ilość punktów
co załoga Tomasza Czuby, a i GABI II depcze nam po piętach, więc idziemy na
wieczorną integrację, wiedząc że kolejny dzień do łatwych nie będzie należał.

Niedziela wita nas wręcz z
prześwitami słońca. Ja ubieram okulary słoneczne, w końcu lato mamy. Chmury jeszcze
wiszą nad nami strasząc deszczem, ale wiatr idealnie dla nas, spokojny, wręcz
„siurkowaty”, więc mamy dużo czasu na wykonanie każdego manewru. Pozostaje
kwestia „kiwek”, które wyszły nam z prawy, bo w końcu od Giżycka wieje i wieje
i nie ma warunków, by je potrenować. Chłopaki z PROCADA dają nam szybki
instruktarz, płynąc na linię startu ostro trenujemy. Wychodzi różnie, ale w
„spokoju siła!”, więc damy radę. Start, wychodzimy zaraz za GABI II, co nas nie
pociesza, ale odległość jest niewielka, więc wszystko do nadrobienia. Załoga
POLITECHNIKI GDAŃSKIEJ, dotąd praktycznie nie pokonana, spóźnia się na start,
więc szansa na pierwszą pozycję dla wszystkich staje się bardziej realna. Walka
o pierwsze miejsce toczy się na pierwszym kursie z wiatrem. GABI II,
UNIWERSYTET JAGIELOŃSKI i my. Filip Pietrzak z Politechniki zbliża się w
niesamowitym tempie. Wszyscy stoją, on wręcz „pędzi”. Szósty, piąty, czwarty…my
w tym czasie wychodzimy na pierwszą pozycję, ale czujemy oddech Filipa na
plecach. Ostatni żużel a Politechnika jest już przy nas. Oni niby wyluzowani,
my niby nie przejęte, ale zaczyna się meczowa walka na metę. Nie dopuszczamy,
aby weszli nam na wewnętrznego na ostatnią boję, po boi, oni próbują nas wziąć
na zwroty. Świadomość, może ćwiczonych z rana, ale wciąż niedoskonałych naszych
„kiwek”, nakazuje zachować wstrzemięźliwość i w bezpośrednią walkę „zwrot na
zwrot” się nie wdajemy. Pozwalamy Filipowi popłynąć w stronę brzegu, w ten
sposób oszczędzamy jeden zwrot. Na przeciwnych halsach stykamy się prawie dziób
rufa, ale wciąż trzymając się lekko z przodu, ostatni zwrot nad Filipem i
dosłownie o metry, ale jednak…udaje się nam ukończyć na pierwszym miejscu. Nie
wiało, ale byłyśmy porządnie zmachane i zadowolone z tak sympatycznego finału i
tak zaciętej ale bardzo kulturalnej walki. W drugim biegu zostajemy
przetrzymane na starcie. Ewidentny mój błąd, niepotrzebna chęć wepchnięcia się
do pierwszej linii, gdy było na to już za późno i stajemy w tratwie.
Wykorzystujemy jednak dobrze zmiany i
kończymy na trzeciej pozycji, trzymając się blisko naszych rywali.

Ostatni bieg, po starcie jesteśmy
przed Filipem, dla nas to dobry znak. Na górnej boi na trzecim miejscu, jednak
blisko GABI II i UNIWERSYTETU JAGIELOŃSKIEGO, z którymi już wcześniej walkę
bezpośrednią wygrałyśmy. Tym razem nie jest łatwo. Rywale się oddalają, my
gonimy, ale do ostatniej boi trzymamy się z tyłu. Widzimy ostrą walkę o
pierwsze miejsce, kierując się zasadą „gdzie dwóch się bije tam trzeci
korzysta” zmieniamy hals na mniej korzystny, jednak na czysty wiatr. Trochę
ryzykujemy, bo AQUADUO jest za nami tuż tuż i ma dużą determinację, by na metę
przybyć przed nami. Taktyka i wyjątkowo zgrabne „kiwki” przynoszą nam sukces w
pięknym stylu. Rzutem na taśmę kończymy na pierwszym miejscu, za nami AQUADUO,
później GABI II i UNIWERSYTET JAGIELOŃSKI.

Kończymy regaty na drugim miejscu,
co daje nam drugie miejsce w klasyfikacji generalnej PUCHARU POLSKI OMEGA CUP
2011. Marzenie nie ziściło się (aby być przed POLITECHNIKĄ GDAŃSKĄ), ale plan
został wykonany. Tendencja, że nieparzyste regaty wiążą się ze stałym sukcesem,
a parzyste z gorszym występem, zostaje zachowana. Oby w Pucku nasz los został
przełamany i pudło zostało ponownie osiągnięte, mimo że impreza ta przypada na
parzystą.

Na koniec muszę dodać, że Centrum
Żeglarskie w Szczecinie, jest bardzo fajnym miejscem na regaty. Obok NORD
CUP’u, ponownie spotkałyśmy się ze sprawną ekipą sędziowską, przemiłą atmosferą
ze strony organizatorów i profesjonalnym przeprowadzeniem imprezy, za co bardzo
dziękujemy.



parzystą.
Na koniec muszę dodać, że Centrum
Żeglarskie w Szczecinie, jest bardzo fajnym miejscem na regaty. Obok NORD
CUP’u, ponownie spotkałyśmy się ze sprawną ekipą sędziowską, przemiłą atmosferą
ze strony organizatorów i profesjonalnym przeprowadzeniem imprezy, za co bardzo
dziękujemy.

20 lipca 2011

To już półmetek Omega Cup – Puchar Polski 2011 r.

Gdy nie ma się własnej łódki, a jest się otwartym na wszelkie propozycje, byle tylko poczuć zew rywalizacji na wodzie, każdej zimy pojawia się ten sam dylemat „jak będzie wyglądał zbliżający się sezon żeglarski?”. Na początku tego roku zadawałam sobie te samo pytanie, snując różne plany, aż pojawiła się opcja stworzenia damskiej załogi w klasie Omega Standard. Chętnych dziewczyn było dużo, a zapał ich przerażająco duży, co budziło we mnie sceptyczne nastawienie do realności i powodzenia pomysłu. Nie można jednak rezygnować od razu nie podejmując żadnej próby. Odbyłyśmy kilka spotkań w zimowe wieczory, by po pierwsze lepiej się poznać, a po drugie nakreślić  plan działania, miejsce treningów, ich częstotliwość, grafik startów w regatach, itp. W efekcie stworzyłyśmy bardzo ambitny program, z dużą ilością godzin przeznaczoną na treningi, na pracę nad łódką, itp. Był to pierwszy etap weryfikacji załogi. Gdy się już pracuje, ma się zobowiązania wobec świeżo co założonych rodzin, a jednocześnie mało doświadczenia regatowego, ciężko jest ze sobą wszystko zgrać i zostają tylko najwytrwalsze jednostki, na tyle zdeterminowane i chętne do podejmowania trudnych wyzwań, że stanowią idealne zestawienie do budowania porządnej załogi regatowej, nastawionej na sukcesy, potrafiącej przyjąć porażkę i czerpiącej radość ze zmagania się z żywiołami wiatru i wody, które jak wiadomo, nieraz potrafią dać człowiekowi ostro w kość. Tak powstała na Wybrzeżu kobieca załoga PROCAD’a w klasie Omega Standard, stacjonująca na co dzień w Jachtklubie Stocznie Gdańskiej.

Dziś jesteśmy już na półmetku zmagań w Omega Cup – Pucharze Polski 2011 r. Początkowo naszym celem było przypływanie na metę przed innymi załogami damskimi (aktualnie w klasie Omega Standard startuje jeszcze damska załoga z południa Polski PROXIMA, ze sterniczką Sulińską Magdą oraz załoga mieszana ze sterniczką Szwankowską Katarzyną). Już po pierwszych regatach we Wdzydzach okazało się, że powinnyśmy mierzyć znacznie wyżej.
Codzienna rzeczywistość znacznie zweryfikowała nasze plany treningowe i póki co trzymamy się tylko grafiku startów w regatach. Rzutuje to zapewne na nasze bardzo nierówne pływanie. Pierwsze regaty, II miejsce w klasyfikacji generalnej, regaty w Warszawie już tylko piąte miejsce, później NordCup na zatoce i znowu powrót na podiom na debiutowym drugim miejscu.

Ostatnie regaty, w Giżycku Boatshow Cup, znowu sprowadziły nas na ziemię i wytknęły zaniechanie treningów. Nastawione bardzo pozytywnie, po regatach w Gdańsku, liczyłyśmy na miejsce w tzw. czubie, a tu już od pierwszego wyścigu coś szło nie tak. Najpierw sytuacja kolizyjna „prawy – lewy” z załogą AQUADUO, przez co musiałyśmy wykręcić karę, później zlekceważenie boi rozprowadzającej (tu składamy wielkie podziękowania załodze AQUADUO, która szybko nas poinformowała o popełnionym błędzie i zdążyłyśmy jeszcze zawrócić bez straty miejsca). Cały bieg łódka jakość tępo szła i nie mogłyśmy ocenić dlaczego. Drugi bieg, dobry start, z myślą, że wracamy do gry, robimy zwrot na lewy hals i spokojnie płyniemy na świeżym wietrze, wywieszone wszystkie na balaście. Nagle tak jakby ktoś wyłączył wiatr, silny przechył na nawietrzną, odkrętka o dobre 30 stopni i już widzę dwie dziewczyny w wodzie, ja po pas mokra, próbuję jeszcze jakość wspiąć się na burtę, ale tylko pogarszam sytuację, ciągnąc łódkę na siebie. Z rezygnacją wstrzymuję oddech i wchodzę do wody aby odpłynąć i rozpocząć akcję stawiania. Maja „dziobowa” (w załodze mamy 3 Maje! J) zwinnie wspięła się na miecz, ale to nie wystarczyło by uchronić nas przed „grzybem”. Wspinam się do Mai i zachęcamy kolejne dziewczyny do dołączenia do nas i tu moje wielkie, bardzo pozytywne zaskoczenie. Za jakąś minutę już stoi przy nas motorówka z ratownikami, pytają nas o samopoczucie i oferują pomoc, z zaznaczeniem oczywiście, że jak ją przyjmiemy to zostaniemy zdyskwalifikowane z tego biegu. Mając świadomość, że przy naszej wadze i nikłym doświadczeniem w stawianiu Omegi cała operacja zajmie nam spokojnie tyle czasu co trwa bieg, śmiało podejmuję decyzję przyjęcia oferty pomocy. Dotąd (a już przeżyłam parę podobnych akcji w swoim życiu) pomoc z zewnątrz polegała na tym, że  zawodnicy dostawali instrukcje z motorówki i w momencie jak już łódka drgnęła motorówka podpływała pod maszt i pomagała dokończyć manewr stawiania łódki. Tym razem było zupełnie inaczej. Zostałyśmy zabrane na motorówkę, podpłynął nurek, zanurkował, coś zrobił przy łódce i przy pomocy asystującej motorówki po ok. 20 min akcji nasza łódka już stała. Część naszych rzeczy została wyłowiona i spokojnie wróciłyśmy na pokład omegi. Przemoczone totalnie, ale zaskoczone tak miłą obsługą, byłyśmy gotowe do dalszych startów. Czekanie do kolejnego biegu spędziłyśmy na podsuszaniu się, co łatwe nie było, bo słońce uparcie chowało się za chmurami, oraz na  poszukiwaniu reszty rzeczy. Więcej nic nie znalazłyśmy, więc pozostało nam szybkie ogarnięcie się i kolejny start. Z lekkim lękiem wychodzenia na balast, płyniemy w kolejnym biegu początkowo gdzieś na trzeciej pozycji, ale ilość wody w komorach skutecznie nas spowalnia i kończymy na piątym miejscu. Przed czwartym biegiem przystępujemy do akcji wybierania wody z bakist, kombinowanie gąbki, czerpaków, wylewamy i wylewamy, spokojnie z jakieś 5 litrów i końca nie widać. Wreszcie start, wychodzimy na pierwszej pozycji, aczkolwiek blisko naszych oponentów i nagle trzask! Widzę maszt lecący prosto na mnie, szybko oceniam sytuację czy się złamał czy puścił sztag i rzucam się na pokład, by uniknąć uderzenia. Maja „dziobowa” znowu wykazuje się refleksem i wprawdzie ląduję w wodzie, ale unika bezpośredniego kontaktu z masztem. Agnieszka (nasza trymerka foka, jedyna nie Maja), prosi z trwogą w głosie o zabranie z niej żagli, nie wie co się dzieje, ale też unika bezpośredniego uderzenia. Kolejna Maja (trymerka grota) również wychodzi bez szwanku, lecz zaskoczona sytuacją zaczyna się śmiać i nawołuje Maję za burtą by do nas płynęła, bo my raczej do niej już nie dopłyniemy. I znowu miłe zaskoczenie, zawodnicy mimo trwającego wyścigu oferują swoją pomoc, kosztem rezygnacji z biegu, ta sama motorówka co nam pomagała przy wywrotce, jeszcze szybciej jest przy nas i pomaga się ogarnąć. Nam oczywiście jest głupio, że to znowu my potrzebujemy pomocy, ale taki już pech. Przy wywrotce, zdecydowanie można ocenić brak opływania załogi i opóźnione reakcje na pewne zdarzenia, ale co do masztu to zdecydowanie zły omen nad nami czuwał. Szczęście w nieszczęściu nikomu nic się nie stało, maszt się nie złamała, a urwaną rolkę na topie masztu, główną sprawczynię naszych atrakcji na wodzie, szybko udaje nam się zastąpić dwoma szeklami i jesteśmy gotowe do startów kolejnego dnia. Strasznie zmęczone, ale pozytywnie nastawione dzięki dużym napływom adrenaliny w ciągu całego dnia, korzystamy z wieczornej imprezy, integrując się z innymi załogami i zapowiadając rehabilitację. 
Następny dzień jednak nie był wolny od niespodzianek. Przychodzimy do łódki, szybki klar i patrzymy, nie ma koreczka. Kto pływał jeszcze na starszych optymistach, dobrze wie, że koreczek to podstawa i bez niego daleko się nie popłynie. Czy komuś nasz koreczek się spodobał i zapomniał go później oddać, czy raczej jakieś dziecko stwierdziło, że taki ciekawy element, to trzeba go sobie przygarnąć, nie wiemy, będzie to dla nas nieodkrytą tajemnicą na zawsze. Fakt był taki, że na szybko trzeba było coś kombinować i przez to spóźniłyśmy się na start jakieś dobre 3 minuty. Na szczęście ostatni bieg kończymy z klasą, ustępując miejsca tylko Filipowi Pietrzakowi z Politechniki Gdańskiej.
Z Giżycka wyjeżdżamy z dziesiątą lokatą. Dalekie miejsce, ale biorąc pod uwagę wszystkie przygody po drodze, to na dziewiętnaście załóg, to nie jest to wynik aż tak tragiczny. Punktów w ogólnej punktacji nam nie przybędzie, ale nabyte doświadczenia i bądź co bądź natłok pozytywnych emocji, tylko nas wzmocniły. Już nie możemy doczekać się startu w Szczecinie za dwa tygodnie. Oczywiście naszym planem jest znów stanąć na podium, a marzeniem, wyprzedzić dotąd niepokonaną załogę Politechniki Gdańskiej.
Na zakończenie muszę dodać, że moje początkowe mieszane uczucia związane z pomysłem startu w klasie Omega Standard, szybko się rozwiały. Atmosfera panująca w klasie jest bardzo pozytywna. Poziom większości załóg na tyle wysoki, że jest z kim się pościgać, czując ducha rywalizacji i z regat na regaty ma się wrażenie, że poziom ten wzrasta. Starty w Omega Cup – Puchar Polski 2011 r. może nie wiążą się aż z taką dawką adrenaliny jaką ma się w meczach, szczególnie na prestarcie, ale mogą stanowić świetną alternatywę dla tych, którzy szukają możliwości regularnego ścigania się, przy stosunkowo niewielkim nakładzie finansowym, mając do dyspozycji tylko weekendy.
A jak ma się takie wsparcie techniczne i psychiczne jak my mamy, ze strony załogi Tomka Micewicza PROCAD Sailing Team Omega Sport, to pływanie może być tylko miłe, łatwe i przyjemne!

Załoga damska PROCAD Omega Standard:
sterniczka: Maja Remizowicz
trymerka grota: Maja Broniszewska
trymerka foka: Agnieszka Rózga Micewicz
dziobowa: Maja Zakrzewska