Po wielu emocjach w Giżycku,
przyszedł czas na start w Szczecinie. Zaledwie jeden weekend przerwy i znowu
trzeba przebyć kolejne ponad 300
km, tym razem nad jezioro Dąbie. Już od środy sprawdzanie
prognozy pogody i zaciskanie kciuków, aby tym razem prognoza się nie spełniła,
aby wbrew wszystkiemu, było pełne słońce i lekki wiaterek ze stałego kierunku.
Lato jednak nie rozpieszcza, przybywamy do Szczecina bardzo późno i dobrze, bo leje
niemiłosiernie. Paki odczepia łódkę od auta i prędko chowamy się w naszym
lokum, suchym, ciepłym i przyjemnym.
Poranek wita nas deszczowy.
Inaczej być nie może, wszystko zgodnie z prognozą. Nawet wiatr nie chce
odpuścić i z chwili na chwilę wzrasta, pozostawiając białe smugi na wodzie, a
czasem nawet tworząc gdzie niegdzie białą grzywę wody na jej powierzchni. Bez
specjalnego zapału zabieramy się za przygotowanie łódki, deszcz odpuszcza, więc
przynajmniej nie leje się nam na głowy, ale świst wiatru średnio nastawia nas
pozytywnie na sobotnie zmagania. Szybkie
otwarcie regat, krótka odprawa i ruszamy do ataku. Do ataku dosłownie, bo
wyjście pod silny wiatr w małym porcie, gdzie woduje się naraz około 30 omeg
nie jest łatwe. Jednym manewr wyjścia wychodzi sprawniej, innym mniej, nam pół
na pół: fok góra, fok dół, wiosło z prawej, wiosło z lewej, miecz dół, miecz
góra (bo za płytko) i ostatecznie kontrolowany ratunek na jednej z łodzi, po
której przeciągamy się do główek wyjścia i prawie spokojnie, bo trzeba jeszcze
pokonać lekki przybój, wypływamy na akwen.
Pierwszy sygnał startowy przygłuszony głosem wiatru gdzieś nam umyka, po flagach próbujemy zorientować się ile czasu pozostało do startu, na wszelki wypadek trzymając się blisko linii startowej, ustawiamy się równo z innymi z przody, jednak startujemy z
lekkim opóźnieniem. Halsówka to walka. Grot na maksa wyluzowany, płyniemy
praktycznie na samym foku. Dolega nam jeszcze lekka trauma po doświadczeniach z
Giżycka i z pewnym oporem wychodzimy na balast. Pierwsza boja, a my jesteśmy w
strasznym ogonie. Kurs półwiatrowy wprowadza pewną dezorientację w prowadzeniu
foka, raz wchodzimy w ślizg, raz hamujemy na przeciw-fali. Tracimy kolejne dwa
miejsca. Kurs z wiatrem idzie już trochę lepiej, nawet „rufa” nie stwarza
większych problemów. Rozglądamy się dookoła. Trzy łódki już leżą, dobra nasza,
ważne by dopłynąć do mety. Nasz najsympatyczniejszy rywal AQUADUO gubi się
nieco na dolnej boi, inni idą w jego ślady i tak kończymy bieg na piątym
miejscu, szczęśliwe, że nie zaliczyłyśmy grzyba. Kolejny start, już bardziej
opanowany, spod boi, praktycznie wychodzimy na pierwszym miejscu. Wybieramy już
więcej grota, włączamy pewną taktykę, i chodź kończymy dopiero na czwartym
miejscu to już czujemy, że to my panowałyśmy nad łódką a nie ona nad nami.
Kolejny bieg, ponownie udany start, wchodzimy w bezpośrednią walkę z załogą z
GABI II. Odpuszczamy im pierwsze zawinienie, odpuszczamy nawet drugie, przy
boi, gdzie ewidentnie nie dają nam miejsca na boi. Trzeciego odpuszczenia win już
nie ma. Załoga GABI II łamie przepis 11, lekceważy nasz protest i mimo, że i
tak kończymy przed nimi, na bardzo dobrej drugiej pozycji, to wyrzucamy ich z
biegu. Kolejne trzy biegi kończymy na podobnych pozycjach, czyli 4, 2, 4, wiatr
z biegu na bieg słabnie wraz z naszym przerażeniem z poranka. Zadowolone
spływamy do brzegu, tam dowiadując się, że ten dzień kończymy na drugim
miejscu, czego z rana się nie spodziewałyśmy. Mamy jednak tą samą ilość punktów
co załoga Tomasza Czuby, a i GABI II depcze nam po piętach, więc idziemy na
wieczorną integrację, wiedząc że kolejny dzień do łatwych nie będzie należał.
Niedziela wita nas wręcz z
prześwitami słońca. Ja ubieram okulary słoneczne, w końcu lato mamy. Chmury jeszcze
wiszą nad nami strasząc deszczem, ale wiatr idealnie dla nas, spokojny, wręcz
„siurkowaty”, więc mamy dużo czasu na wykonanie każdego manewru. Pozostaje
kwestia „kiwek”, które wyszły nam z prawy, bo w końcu od Giżycka wieje i wieje
i nie ma warunków, by je potrenować. Chłopaki z PROCADA dają nam szybki
instruktarz, płynąc na linię startu ostro trenujemy. Wychodzi różnie, ale w
„spokoju siła!”, więc damy radę. Start, wychodzimy zaraz za GABI II, co nas nie
pociesza, ale odległość jest niewielka, więc wszystko do nadrobienia. Załoga
POLITECHNIKI GDAŃSKIEJ, dotąd praktycznie nie pokonana, spóźnia się na start,
więc szansa na pierwszą pozycję dla wszystkich staje się bardziej realna. Walka
o pierwsze miejsce toczy się na pierwszym kursie z wiatrem. GABI II,
UNIWERSYTET JAGIELOŃSKI i my. Filip Pietrzak z Politechniki zbliża się w
niesamowitym tempie. Wszyscy stoją, on wręcz „pędzi”. Szósty, piąty, czwarty…my
w tym czasie wychodzimy na pierwszą pozycję, ale czujemy oddech Filipa na
plecach. Ostatni żużel a Politechnika jest już przy nas. Oni niby wyluzowani,
my niby nie przejęte, ale zaczyna się meczowa walka na metę. Nie dopuszczamy,
aby weszli nam na wewnętrznego na ostatnią boję, po boi, oni próbują nas wziąć
na zwroty. Świadomość, może ćwiczonych z rana, ale wciąż niedoskonałych naszych
„kiwek”, nakazuje zachować wstrzemięźliwość i w bezpośrednią walkę „zwrot na
zwrot” się nie wdajemy. Pozwalamy Filipowi popłynąć w stronę brzegu, w ten
sposób oszczędzamy jeden zwrot. Na przeciwnych halsach stykamy się prawie dziób
rufa, ale wciąż trzymając się lekko z przodu, ostatni zwrot nad Filipem i
dosłownie o metry, ale jednak…udaje się nam ukończyć na pierwszym miejscu. Nie
wiało, ale byłyśmy porządnie zmachane i zadowolone z tak sympatycznego finału i
tak zaciętej ale bardzo kulturalnej walki. W drugim biegu zostajemy
przetrzymane na starcie. Ewidentny mój błąd, niepotrzebna chęć wepchnięcia się
do pierwszej linii, gdy było na to już za późno i stajemy w tratwie.
Wykorzystujemy jednak dobrze zmiany i
kończymy na trzeciej pozycji, trzymając się blisko naszych rywali.
Ostatni bieg, po starcie jesteśmy
przed Filipem, dla nas to dobry znak. Na górnej boi na trzecim miejscu, jednak
blisko GABI II i UNIWERSYTETU JAGIELOŃSKIEGO, z którymi już wcześniej walkę
bezpośrednią wygrałyśmy. Tym razem nie jest łatwo. Rywale się oddalają, my
gonimy, ale do ostatniej boi trzymamy się z tyłu. Widzimy ostrą walkę o
pierwsze miejsce, kierując się zasadą „gdzie dwóch się bije tam trzeci
korzysta” zmieniamy hals na mniej korzystny, jednak na czysty wiatr. Trochę
ryzykujemy, bo AQUADUO jest za nami tuż tuż i ma dużą determinację, by na metę
przybyć przed nami. Taktyka i wyjątkowo zgrabne „kiwki” przynoszą nam sukces w
pięknym stylu. Rzutem na taśmę kończymy na pierwszym miejscu, za nami AQUADUO,
później GABI II i UNIWERSYTET JAGIELOŃSKI.
Kończymy regaty na drugim miejscu,
co daje nam drugie miejsce w klasyfikacji generalnej PUCHARU POLSKI OMEGA CUP
2011. Marzenie nie ziściło się (aby być przed POLITECHNIKĄ GDAŃSKĄ), ale plan
został wykonany. Tendencja, że nieparzyste regaty wiążą się ze stałym sukcesem,
a parzyste z gorszym występem, zostaje zachowana. Oby w Pucku nasz los został
przełamany i pudło zostało ponownie osiągnięte, mimo że impreza ta przypada na
parzystą.
Na koniec muszę dodać, że Centrum
Żeglarskie w Szczecinie, jest bardzo fajnym miejscem na regaty. Obok NORD
CUP’u, ponownie spotkałyśmy się ze sprawną ekipą sędziowską, przemiłą atmosferą
ze strony organizatorów i profesjonalnym przeprowadzeniem imprezy, za co bardzo
dziękujemy.
parzystą.
Na koniec muszę dodać, że Centrum
Żeglarskie w Szczecinie, jest bardzo fajnym miejscem na regaty. Obok NORD
CUP’u, ponownie spotkałyśmy się ze sprawną ekipą sędziowską, przemiłą atmosferą
ze strony organizatorów i profesjonalnym przeprowadzeniem imprezy, za co bardzo
dziękujemy.
Żeglarskie w Szczecinie, jest bardzo fajnym miejscem na regaty. Obok NORD
CUP’u, ponownie spotkałyśmy się ze sprawną ekipą sędziowską, przemiłą atmosferą
ze strony organizatorów i profesjonalnym przeprowadzeniem imprezy, za co bardzo
dziękujemy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz